Maroko: dzień po dniu

Maroko, jakie będzie? Arabskie? Afrykańskie? Europejskie? Czego spodziewać się po tym kraju?

Dzień 1

Przylecieliśmy do Agadiru. Powitanie nie było najprzyjaźniejsze. Pierwszą noc spędziliśmy w hotelu Adrar gdzie ciężko było powiedzieć co było gorsze brak ciepłej wody, przejmujące zimno w pokoju, czy brudne kołdry. Rano ruszyliśmy na spotkanie Maroka, po cichu licząc, że to zimne przyjęcie nie zamieni się w rutynę.

Dzień 2

Agadir

Zaczęliśmy od wjechania na na jedyną atrakcję Agadiru – wzgórze ze starą twierdzą – budowle tego typu są w Maroku nazywane „kasba”. Ze wzgórza rozpościerał się widok na cały Agadir wraz z portem. Przeżyliśmy zmasowany atak lokalnych oferujących przejażdżkę na wielbłądzie i z ulgą ruszyliśmy w dalsza drogę. Za plecami pozostawiliśmy Agadir ze wzgórzem , które żegnało nas ogromnym napisem „Allach, tradycja, król”.

Drzewa arganowe

Na szczęście od tej chwili było już tylko lepiej :) Ruszyliśmy w stronę Essouiry, malowniczego miasteczka portowego założonego przez Portugalczyków. Zanim tam dotarliśmy mieliśmy okazję zrozumieć co ma na myśli przewodniczka mówiąc o Maroku „śmieszny kraj”. Jadąc przez okolice gdzie rosną jedyne na świecie owocujące drzewa arganowe, odkryliśmy ze zdumieniem, że kozy chodzą po drzewach :D Podobno są największymi smakoszami łupinek, które kryją w sobie drogocenny migdał.

Świat kosmetyków od kilku lat, jak kozy, oszalał na punkcie tego drzewa. Olejek arganowy jest stosowany na wszystko: włosy, paznokcie, skórę, a jadalny nie ustępuje pola kosmetycznemu koledze i jest lekiem na całe zło :) Martyna obiecała nam na koniec wycieczki listę i zamówienie olejku „u chłopa”, gdyż te sklepowe często są podrabiane. I jak obiecała tak zrobiła. Ostatniego dnia wycieczki czekały na nas zamówienia w hotelu. Olejkiem jestem zachwycona. Pomimo specyficznego zapachu, który szybko się ulatnia, jest rewelacyjny. Kilka kropli do porcji kremu i skóra jest miękka i gładka. Zakochałam się w tym niepozornym olejku, widocznie mam w sobie coś z kozy ;)

Essouira

Przepiękne miasteczko z pobielanymi domkami i niebieskimi oknami i drzwiami, gdzie araukarie rosną wszędzie jako wielkie drzewa. Essouira jest centrum wyrobów z drewna tui, które wydaje bardzo specyficzny, przyjemny zapach. Pierwszy raz mieliśmy okazję spróbować tajine. Zamówiliśmy jednego warzywnego i drugiego z kurczakiem, zielonymi oliwkami i kiszoną cytryną – były przepyszne. Zakochaliśmy się w kuchni marokańskiej od pierwszego wejrzenia.

Po obiedzie poszliśmy na spacer po ciasteczka. Udało nam się kupić słodkie, cynamonowe, ociekające miodem, chociaż proponowano nam także ciasteczka z innym nadzieniem. Na północy Maroka w górach Rif są duże plantacje konopi, które później jest rozprowadzane po cały kraju. Karani są nie tyle handlarze co turyści, gdyż ci pierwsi zazwyczaj zdążą rozpłynąć się w powietrzu zanim zostaną złapani.

Safi

Zakończyliśmy dzień w Safi. Mieście nad Atlantykiem słynącym z wyrobów glinianych. Podczas krótkiego postoju kupiliśmy prażone orzeszki ziemne – pyszne. Tej nocy hotel (Golden Tulip) okazał się już lepszego standardu i mogliśmy się wyspać.

Dzień 3

Nad Atlantykiem

Wyruszyliśmy w dalszą podróż wzdłuż wybrzeża do Al-Dżdidy. Po drodze zatrzymaliśmy się w miejscowości El-Qualidia, gdzie mieliśmy okazję spędzić trochę czasu na pustej plaży. Dla chętnych były też ostrygi i jeżowce, ale się nie skusiliśmy.

Al-Dżadida

Kolejne miasteczko nad Atlantykiem z ufortyfikowaną starówką z wąskimi uliczkami, zbudowaną przez Portugalczyków. W porcie zjedliśmy ryby prosto od rybaków. Na straganie pokazuje się palcem co chce się mieć na talerzu, do tego chlebek, oliwki i sos harissa. W około pełno miejscowych, pod stołami koty, tak, trafiliśmy w dobre miejsce na ryby :) Przed i po jedzeniu zawsze myje się ręce. Nawet w najgorzej wyglądającej restauracji jest umywalka i mydło/proszek do prania. Resztki wyrzuca się na stół lub pod stół, jeśli ma się ochotę wspomóc jedzeniem kocią brać. Zjedliśmy talerz różnych ryb, z dodatkami za 30 dirhamów. Obeszliśmy też targ i kupiliśmy najlepsze na świecie mandarynki i banany.

Casablanca

Wizytę w Casablance zaczęliśmy na promenadzie nad Atlantykiem. Bardzo nowoczesne miejsce, nowe samochody, ludzie bardzo europejscy. Odpoczęliśmy chwilę w kawiarni popijając koktajl owocowy, i ruszyliśmy obejrzeć największy meczet w Maroku i trzeci co do wielkości na świecie – meczet Hassana II.

Wieczorem udaliśmy się do „mety” po lokalne piwo Casablanca. W Maroku legalnie nie można handlować alkoholem, ale można go dostać w niektórych miejscach, zwłaszcza w miastach turystycznych jak Agadir.

Dzień 4

I znowu w drodze. Dzień zapowiadał się długi. Do zwiedzenia Rabat, Meknes, Volubilis i przejazd do Fez. Bardzo liczyłam na ładną pogodę, bo Volubilis to rzymskie ruiny na świeżym powietrzu. Niestety Allach zaplanował inaczej. Od rana strugi deszczu. Wszystkie miasta zlały nam się w jeden potok wody. Nikonika zostawiłam w autobusie i ograniczyliśmy się do zdjęć zrobionych iPhonem, niestety tak musiało zostać przez 2 dni.

Rabat i Meknes

to miasta, które pozostaną w naszej pamięci jako pochód bram, Hassana, Mahometa i innych popularnych imion marokańskich.

Volubilis

Kontynuacja deszczu w ofensywie. Ze wsparciem przyszło gliniaste błoto. Fun fun fun :) Dzielnie przedzieraliśmy się przez ruiny rzymskiego miasteczka, żeby dotrzeć do mozaik na podłogach domów, które zachowały się w oryginalnym stanie. Trzeba przyznać, że tu deszcz się przydał, bo wydobył kolory i nadał połysk zazwyczaj przykurzonym i spalonym słońcem podłogom. Czas nie obszedł się łaskawie z samym miastem, które w dużej mierze zostało rozebrane przez liczne pokolenia władców, którzy na dawnej chwale Rzymu budowali swoje pałace, używając łatwego do zdobycia budulca. Urozmaiceniem były rzymskie kolumny tu i tam upstrzone bocianimi gniazdami. Bociany w Maroko są na stałe, nie wylatują do ciepłych krajów, bo i po co, przecież są już w Afryce. Co ciekawe, nie są lubiane tak jak w Polsce. Nasz symbol szczęścia domowego i dziecięcego listonosza w Maroko nie jest zachęcany do osiedlania się. Bociany na własną rękę zasiedlają każdą wyższą, cienką budowlę na przykład wieże meczetów, stąd wierni Marokańczycy nie pałają do nich przesadnie przyjaznym uczuciem – co kraj to bociani obyczaj ;)

Zmęczeni i lekko przemoczeni ruszyliśmy do Fez, gdzie z radosnym okrzykiem powitaliśmy działający prysznic, ciepłą wodę i pyszną kolację.

Dzień 5

Fez

Jeden, jedyny raz, dane nam było wyjść rano bez bagaży. W Fez spędzaliśmy 2 noce – yuppi, prysznic i ciepła woda będą przez kolejny wieczór :)

Fez to bardzo ważne miasto w Maroko, kilka razy w historii było stolica tego kraju i do dziś pozostaje ważnym ośrodkiem uniwersyteckim, religijnym i handlowym. Również obecny król Maroko, Mohamed VI często przebywa w Fez odwiedzając teściów. Niestety kiedy my przyjechaliśmy z wizyta do jego kraju, głowa państwa udała się w towarzystwie żony do Paryża na zakupy, a przynajmniej tak głosiły media, więc na pewno go nie spotkamy.

Największą atrakcją Fezu jest bardzo stara Medyna (czyli stare miasto, a raczej labirynt wąskich uliczek ze straganami i domami mieszkalnymi). Ulice są tak wąskie, że trzeba iść gęsiego, a na głośne „belek, belek!” (uwaga!) odskakiwać gdzie się da, bo oznacza to, w najgorszym przypadku, rozpędzonego osiołka z furą skór na grzbiecie, które zmiękczone mocznikiem jada właśnie do farbiarni. Głowy z uporem nie chciały nam się okręcać o 360 stopni, a przydało by się bardzo. Stragany ze wszystkim po obu stronach, pilnowanie żeby się nie zgubić, a do tego pędzące osły! Aha, no i jeszcze próba robienia zdjęć temu wszystkiemu – szaleństwo, ale zabawa też niezła :) Nie udało nam się niestety zobaczyć u rzeźnika głowy wielbłąda, ale za to rekin był tak miły, że pozwolił się złapać i wystawić na ladzie w rybnym. Alejki z lampami, blaszanymi czajnikami, słodyczami, warzywami, mięsem, rybami, ubraniami, garnkami, biżuterią, kapciami, torbami, owocami, pieczywem, przyprawami wszystko wymieszane w jeden kolorowy korowód. Zapachy, dźwięki, masa ludzi, no i osły dalej pędzą, belek! belek!

Popołudniu mieliśmy pół dnia dla siebie. Nasz hotel znajdował się w dzielnicy Nowy Fez, więc ulice były już szerokie, a ślady po osłach zaginęły, zastąpiły je samochody i motory. Wyruszyliśmy na poszukiwanie poczty w celu zakupienia znaczków. Znaleźliśmy ją dość szybko, ale Pani na poczcie, dość sensowna angielszczyzną poinformowała nas, że znaczków na poczcie się nie sprzedaje… podobno można je dostać w sklepikach z papierosami. W sklepiku z papierosami nie mówili po angielsku, na migi dowiedzieliśmy się tyle, że znaczków nie mają. Zapytaliśmy więc w spożywczaku, tez na migi, bo jedynie francuski był dla nich zrozumiały, ale z kolei my po francusku niekoniecznie, dowiedzieliśmy się, że znaczki to przecież na poczcie są :D Lekko oszołomieni i zrezygnowani weszliśmy do małego sklepiku z pamiątkami, bo mieli pocztówki. Okazało się, że znaczki też mają! (ale, że generalnie to na poczcie się kupuje ;]). Po udanych łowach, zadowoleni ruszyliśmy w drogę powrotna w stronę, gdzie wydawało nam się powinna być ulica główna. Jednak nie będąc do końca pewnymi czy dobrze idziemy, zawróciliśmy po własnych śladach…, które tez nam się urwały w pewnym momencie i skończyło się na pytaniu o drogę lokalnych. Oczywiście byliśmy niedaleko. Lekko zmachani spacerem dłuższym niż przewidywaliśmy zakupiliśmy chlebek i soczki owocowe i szczęśliwie wróciliśmy już bez przygód do hotelu :)

Fez zrobił na nas ogromne wrażenie.

Dzień 6

I znowu pobudka wcześnie, śniadanie i w drogę. Mamy do przejechania prawie 500km przez Atlas Średni, a trzeba zdążyć na zachód słońca do Marrakeszu na Plac Jemaa el-Fna.

Ifrane

Pierwszy postój na kawę w malowniczym kurorcie wybudowanym przez Francuzów. Podróż w czasie i przestrzeni, bo nagle znajdujemy się w uroczym szwajcarskim miasteczku na wysokości 1665m n.p.m. Symbolem miasta jest leżący lew.

I dalej w drogę. Przerwa dopiero na obiad, ale za to atrakcji nie brakuje. Będziemy jeść tajine z kozy prosto od rzeźnika, a żeby wyzwań było mało, będziemy jeść rękoma. Koza smakuje wyśmienicie! Jest krucha i lepka jak pręga wołowa, ale słodsza. Kawałek mięska jaki znajdujemy pod warzywami jest przepyszny, rozpływa się w ustach i łatwo go podzielić chlebem, no bo przecież widelce i noże leżą obok nietknięte :) Jeszcze tylko rytuał mycia rąk i można zatopić zęby w tym cudownym daniu. Jedzenie umila nam rozmowa z lokalnym, który postanowił z nami się zaprzyjaźnić. Rozmowa odbywa się po polsku. Pan jest właścicielem restauracji „Marrakesz” w Żyrardowie http://www.marrakesh.pl/ i własnie odwiedza rodzinę. Oczywiście serdecznie nas zaprasza, żeby wpaść i skosztować tajine, bo każdy moment jest dobry na biznes i reklamę.

Jednak nie ma czasu na dłuższe pogawędki, bo już pędzimy dalej. Trzeba zdążyć na zachód słońca!

Marrakesz

Udało się! Jesteśmy 30 min przed zachodem na Jemaa el-Fna, Placu Umarłych, gdzie legendy są wciąż żywe, a magia jest chlebem powszednim. Zaczynamy od spaceru po placu: zaklinacze kobr, treserzy małp, sprzedawcy soku z pomarańczy, handlarze czym popadnie, motorki, muzycy wykonujący muzykę Gnawa (transowa muzyka czarnych niewolników, a raczej ich potomków), wszystko to zlewa się w wir rzeczy, które dla europejczyka są tak obezwładniające, że salwujemy się chwilową ucieczką do kawiarni na taras widokowy.

Ucieczka jest spowodowana głównie moim piskiem na zbyt bliskie podejście do stanowisk zaklinaczy kobr i treserów małp. Zbyt wielu nieszczęśników widziałam zaciągniętych na siłę (byli i tacy co szli dobrowolnie, ale tych nie rozumiem), którzy kończyli z kobrą na szyi albo małpą na ramieniu. Zdarzyliśmy zająć dogodna pozycję na tarasie pełnym ludzi i z bezpiecznej odległości mogliśmy podziwiać jaką metamorfozę przechodzi ten niesamowity plac w czasie zmierzchu. Kiedy słońce chowa się za horyzontem większość dźwięków milknie i oddaje pole muezinom nawołującym do modlitwy z niezliczonych meczetów. Jest w tym coś magicznego, co tak pasuje to samego placu, że siedzimy zauroczeni i słuchamy w milczeniu. Życie zwalnia. Nadchodzi zmierzch. To chwila kiedy Plac bierze oddech po upalnym dniu i przygotowuje się do szaleństwa nocy. Wierni biją pokłony. Niewierni wsłuchują się zauroczeni. I nagle, z ostatnim dźwiękiem wydanym przez muezina świat znowu zaczyna wirować. Znikają małpy, węże i muzycy Gnawa. Pojawiają się dymiące, podświetlone garkuchnie z tajinami, ślimakami, jajkami i co kto sobie wymarzy. Pojawiają się opowiadacze bajek, którzy gromadzą wokół siebie zasłuchane kręgi z zapaloną lampą w środku. Plac jest gotowy do  nocy, ale nie czas na sen. Zachęceni widokiem schodzimy na dół, żeby zajrzeć w garnki i posłuchać opowiadań. Może uda nam się spotkać czarnoksiężnika?

Dzień 7

Ostatni dzień krótkiego zwiedzania Marrakeszu, tym razem w dzień, a później 300km autostradą przez Atlas Wysoki do Agadiru.

Od rana w Marrakeszu naszą uwagę przykuły palmy, chociaż nie dane nam było odpocząć w ich cieniu.

Największą frajdę sprawił na spacer po Medynie, która w porównaniu z ta z Fezu jest młodsza, ma szersze uliczki i zamiast na osiołki trzeba uważać na wszędobylskie motorki. I znowu korowód ludzi, towarów, kolorów. Chwilę odskoczni mieliśmy w Medresie Ben Youssefa – dawna szkoła, coś na modłę uniwersytetu. A później znowu szalony rajd, belek! belek! i jesteśmy w zielarni. Nareszcie w swoim żywiole i można się obkupić w przyprawy Po długich namysłach wybraliśmy kmin rzymski, harisse i raz el hanout.

 

Po udanych zakupach czas było ruszyć w ostatnią podróż do Agadiru. Widoki za oknem były niesamowite. Atlas Wysoki towarzyszył nam za oknem zachwycając mnogością kolorów. Na lewo góra czarna, na prawo czerwona, w oddali majaczą cytrynowo-zielone, a nad nimi górują szare, ośnieżone szczyty. Może kiedyś tam wrócimy na górska wyprawę?

Dzień kończymy w hotelu Adrar (jęki, płacz i zgrzytanie zębów), gdzie czekają już na nas zamówione olejki arganowe. Czas się wyspać. Jutro można wstać później.

Dzień 8

Mamy dzień dla siebie na plażowanie i opychanie się rybami w porcie oraz ostatnie zakupy. Jeszcze tylko szalony rajd na lotnisko i przez bramki, a następnie 30 min czekania w kolejce na pokład i lecimy do Polski. Warszawa wita nas śniegiem o 4 nad ranem. Teraz naprawdę czas się wyspać.

Dobranoc.

—————————————————————————————–

Gdyby ktoś był zainteresowany wyprawą do Maroka w jakiekolwiek rejony, w jakimkolwiek czasie, robić cokolwiek serdecznie polecamy Martynę Łukasiak jako najlepszego przewodnika po Maroko. Martyna mieszka w tym kraju prawie na stałe od kilku lat i wie o nim wszystko. Sprzedawcy na straganikach w Medynach witają ją jak dobrego przyjaciela, znają ją w górskich wioskach i w wielkich miastach, a ona zna ich.

Więcej info tutaj: http://www.martinitours.com/